Strach pomyśleć?… [Listu od (niekoniecznie zagubionego) katolika część druga]

 

Ecclesia ibi est, ubi fides vera est.” (Kościół jest tam, gdzie jest prawdziwa wiara). ~ św. Hieronim

 

„Od dawna kieruję się zasadą, że gdy wykluczymy wszystko, co nie mogło się wydarzyć, i widzimy tylko jedno możliwe rozwiązanie danej sprawy, to, niezależnie od tego jak mało prawdopodobne może nam się ono wydawać, rozwiązanie to bez wątpienia jest prawdziwe” ~ Sherlock Holmes, Korona z berylów

 

„Nawet _______ nie jest ze mną” ~ Por. 2 Tm 4, 11

 

Reakcje, z jakimi spotkał się LIST OD ZAGUBIONEGO (?) KATOLIKA [zwracamy uwagę na umieszczony w tytule ZNAK ZAPYTANIA] skłaniają do wniosku, że prawdy warto i należy uczciwie się doszukiwać, a nawet dokopywać – choćby gołymi rękami. I choćby na własną rękę – w tym znaczeniu, że niekoniecznie wspomagani przez tych, których dotychczas uważaliśmy za współuczestników naszych uczciwych poszukiwań.

Jestem serdecznie wdzięczny wszystkim Czytelnikom, którzy uznali poruszone w tekście kwestie za na tyle istotne, że odnieśli się do nich w mowie i na piśmie. Nawet jeśli reakcje niektórych można by streścić krótkim: „Zwariowałeś!”, wartościowsze od milczenia wydają mi się myśli z wiela serc objawione. I za nie z serca dziękuję.

Odpowiedzi na List… podzieliły się zasadniczo na dwa rodzaje:

1. Wspomniane już: „Zwariowałeś!”.

2. „Może i coś w tym jest, ale nie zamierzam tego głębiej badać; nie mam przekonujących argumentów, ale się z tobą nie zgadzam; a w ogóle to gorszysz «maluczkich» serwując im takie treści – tak czy inaczej: poczytamy Cię (oraz Autorów do których się odwołujesz) o tym innym razem”.

Z radością konstatuję, że wybrani spośród Drogich Respondentów nie wydali na obecnym etapie rozważań ostatecznego osądu w sprawie zarysowanych wątpliwości i zadeklarowali chęć dalszego badania zagadnienia.

Za zasadniczy brak Listu… uznaję niedostateczne zaakcentowanie pytania o jedność Wiary. Jeśli nawet założymy, że nowoobrzędowe święcenia są ważne, nie zwalnia nas to z odpowiedzi na pytanie: jaka jest Wiara Kościoła? Czy przyznaję się do jedności Wiary z danym (załóżmy) biskupem czy księdzem? W tym kontekście deklaracja jednego z naszych KoRespondentów, który stwierdził, że nie gorszy go, iż biskup jest heretykiem, skłania do postawienia pytania: dlaczegóż zatem nie uczestniczy w liturgii u (na przykład) prawosławnych?

Na podobnie postawione pytanie inny z naszych Zacnych Interlokutorów odparł, że nie uczestniczy, bo prawosławie „to nie jego klimaty” – tym samym czyniąc swoją wrażliwość i emocjonalność argumentem rozstrzygającym. Czyż ten sposób rozumowania nie pachnie na milę modernizmem?

Inny, indagowany o to, jak rozumieć w kontekście posłuszeństwa Kościołowi Novus Ordo obowiązek uznawania kanonizacji osób takich jak Matka Teresa z Kalkuty, Karol Wojtyła czy Josemaria Escriva, odpowiedział: „może jest tak, że oni są w Niebie, ale nie należy ich [postępowania na ziemi] naśladować”. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać…

I powtarzające się jak refren stwierdzenie (osób autentycznie zatroskanych o los bliźniego): „Kościół porzucił doktrynę, ale wciąż jest Kościołem”; „Nie mogę porzucić Kościoła, choć wszystko wskazuje na to, że on błądzi. I” – dodają – „Ty też tego nie rób; nie porzucaj tego Kościoła, mimo że jest obecnie taki wykolejony i poraniony”… Otóż, Moi Drodzy, jeśli uznajemy logikę zero-jedynkową za coś z Wiarą niesprzecznego, ale za jej swoiste dopełnienie, sytuacja przedstawia się dość jasno: Jeżeli KOŚCIÓŁ nie JEST NIEOMYLNY, to cała nasza wiara na nic. Jeśli jednak KOŚCIÓŁ NIEOMYLNY JEST, to ktoś, kto głosi treści sprzeczne z jego nauką, sam się z Kościoła na własne życzenie wyklucza. Trudno zatem utrzymać twierdzenie, że „biskup głosi herezje, ale nadal jest w Kościele, jest jego hierarchą, więc nolens volens uznaję jego władzę i pozostaję z nim w jedności”. Logika, zwana też czasem zdrowym chłopskim rozumem, podpowiada nam, że jeśli ktoś – choćby tytułujący się biskupem – głosi herezje, sam się z Kościoła wyklucza, tracąc jednocześnie wszelką jurysdykcję.

Wracamy zatem do naszego motta:

Kościół jest tam, gdzie jest prawdziwa wiara

Powyższym stwierdzeniem oddalamy jednocześnie zarzut jakbyśmy głosili istnienie jakiegoś „Kościoła niewidzialnego”. Otóż Kościół w sposób widzialny niewątpliwie istnieje i tam, gdzie faktycznie jest (to znaczy tam, gdzie jest Wiara) – ma się według wszelkich znaków na Niebie i ziemi całkiem nieźle.

„A któż rozsądzi, kto jest w Kościele, a kto nie?” – pada wątpliwość. „Kimże ja jestem, aby osądzać?” – zdają się pytać tym samym niektórzy spośród naszych Szanownych Respondentów. „Ja jestem nieuczony; nie studiowałem teologii; nie ośmielę się nikogo wykluczać”. Z całym szacunkiem, ale po prostu NIE WIERZĘ w to, że zaledwie przeciętnie inteligentny katolik, który rzetelnie zapoznaje się z nauką Kościoła, nie jest w stanie dostrzec, gdy ktoś w jawny sposób zaprzecza którejkolwiek z (również głównych) prawd Wiary. Nasi Respondenci zaś bez wątpienia zaliczają się do osób o inteligencji ponadprzeciętnej… Więc w tę przywoływaną niejednokrotnie wyimaginowaną ignorancję po prostu NIE WIERZĘ.

Szczypta psychologii

Twierdzę za to, że źródeł takiego udawania głupiego należałoby szukać w lęku; w obawie przed uznaniem, że sytuacja, w jakiej się znajdujemy, jest doprawdy poważna – dużo poważniejsza niż nam się dotychczas wydawało. Zamiast uczciwie to przyznać, wolimy próbować ubierania nagiej prawdy o apostazji tak wielu w nowe szaty papieża, biskupa, czy kapłana.

Druga przyczyna leży zapewne w strachu przed tym, że nasze szczere, pełne poświęceń i niekiedy wieloletnie zaangażowanie w działalność „środowisk tradycyjnych” deklarujących jedność z Karolem Wojtyłą, Józefem Ratzingerem, Jerzym Bergoglio oraz podległą im hierarchią zostanie przez Pana Boga za jednym zamachem przekreślone i zaliczone w poczet grzechów śmiertelnych prowadzących nas prostą drogą do Piekła. Ale my przecież angażowaliśmy się w działalność tych środowisk w dobrej wierze, nie mając tak pełnego jak teraz (choć wciąż niepełnego) obrazu sytuacji. Zawiniliśmy być może ignoracją, ale nie złą wolą; trudno wyobrażać sobie Pana Boga jako złośliwego buchaltera, który rzuca nam kłody pod nogi i tylko czyha na nasze potknięcia, by na końcu z uśmiechem stwierdzić: „Ha, ha! Ale fujary! Poświęciły lata na pomaganie ludziom, którzy głoszą nauki sprzeczne z religią katolicką, deklarują jedność z apostatami, a nawet nie są ważnie wyświęceni. Ależ się dali nabrać! Wyrok: ogień wieczny”. Fakt, że Stwórca nie prowadzi z nami takiej gry, nie uprawnia jednak do tego, byśmy tkwili w błędzie mając dużo jaśniejsze niż wcześniej rozpoznanie sytuacji.

Pan Bóg naprawdę nie odrzuci mnie tylko dlatego, że się w dobrej wierze pomyliłem. Ale jeśli działam wbrew własnemu sumieniu i sam siebie oszukuję – o, to już gorzej.

Trzecia wreszcie przyczyna udawania ignorancji tkwi, jak się zdaje, w fałszywym (a tak często przywoływanym w argumentacji mającej obalić przywołane w Liście… sedewakantystyczne tezy) przeświadczeniu, że – „skoro prawie nie ma ważnie wyświęconych kapłanów – to skazujesz [charakterystyczne jest to personalne formułowanie oskarżenia] pozbawionych sakramentów bliźnich na niechybną śmierć wieczną”.

Skąd bierze się ta karkołomna teza? Czy kiedykolwiek lub gdziekolwiek Kościół twierdził, że bramy niebieskie są nieodwołalnie zamknięte dla kogoś, kto ani razu nie przyjął Ciała Chrystusa, nie przystąpił do Spowiedzi Świętej albo nie został namaszczony olejem chorych?

Oczywiście, sytuacja, w której prawie nie ma księży (a księży NIEWĄTPLIWIE ważnie wyświęconych, którzy wyznają wiarę Kościoła w sposób integralny ze świecą szukać), normalna nie jest – a na pewno normalną się nie wydaje. Ale uczciwie myślący człowiek nie kieruje się zasadą: „To nie może być prawda, bo to byłoby zbyt straszne”.

Prawda nie przeraża – prawda nas wyzwoli

Uznanie powagi sytuacji może nas skłonić do zadania pytania następującego: Czy mając już świadomość (co najmniej poważnych) wątpliwości dotyczących ważności nowych rytów święceń nie powinniśmy korzystać z posługi wyłącznie tych kapłanów, którzy władzę sprawowania sakramentów mają NA PEWNO? I drugiego: Czy mając już świadomość powszechnej apostazji, nie powinniśmy korzystać z posługi wyłącznie tych kapłanów, którzy wyznają Wiarę w sposób integralny?

Ale niezwykle doniosłą rolę odgrywa też praktyczny aspekt rozważanych kwestii: „Zaszedłem już w sprawie tradycji tak daleko – zabieram całą rodzinę do kaplicy SSPX, pokonując regularnie dziesiątki kilometrów; czego jeszcze ode mnie chcesz? Żebym i Bractwo zostawił? Daj mi święty spokój. Jestem tu, gdzie jestem i dobrze mi z tym. Mam żonę i dzieci: co miałbym im niby powiedzieć? Że od dziś na ważnie i godnie sprawowaną Mszę świętą udawać się będziemy wyłącznie od wielkiego dzwonu? Że od teraz to na moje barki muszę w stopniu niepomiernie większym niż dotychczas wziąć ciężar religijnego prowadzenia rodziny i wychowywania dzieci do Wiary?”. Takie pytania się rodzą.

A tak w ogóle to „Nie masz prawa w ten sposób [jak w Liście…] się wypowiadać. Lepiej o tych wszystkich wątpliwościach nie wiedzieć, a nawet nie chcieć wiedzieć”… A ja spytam tylko: kimże jesteś, by osądzać, że uczciwe poszukiwanie prawdy i (również publiczne) dzielenie się (sam to szczerze przyznasz: UZASADNIONYMI) wątpliwościami dotyczącymi spraw najświętszych, wyrządza szkodę czyjejkolwiek duszy, sumieniu i wiecznemu zbawieniu?

Zresztą: List… nie jest w żadnym stopniu odkrywczy; stanowi raczej opis osobistego rozważania na temat kwestii, które wielokrotnie zostały już przez innych na forum publicznym przedstawione. Lecz doskonale rozumiem na czym, Drodzy Przeciwnicy Umieszczania w Internecie „Takich” Tekstów, miałby polegać Waszym zdaniem mój „grzech”: na tym, że wskutek takiej publikacji ryzykuję naruszeniem (czy aby na pewno świętego?) spokoju licznych (być może uśpionych) sumień. I na tym, że teraz, po przeczytaniu Listu…, trudniej Wam będzie w razie czego tłumaczyć się ignorancją niezawinioną, ponieważ określone wątpliwości i dalsze kierunki ewentualnych poszukiwań zostały Wam uczciwie zaprezentowane…

Jeśli zaś sprawy tak się mają, że świadomie wybieracie trwanie w jedności z hierarchią Novus Ordo, zadowalając się udzielaną Wam przez odstępców od Wiary boczną kaplicą w całym tym nowoobrzędowym gmachu (w sensie zarówno dosłownym, jak i przenośnym), jeżeli dobrowolnie godzicie się na odgrywanie w nim roli przyrodniczego kuriozum, pewnej tolerowanej anomalii, pozostaje powtórzyć za klasykiem: życzę powodzenia w życiu społecznym, osobistym, zawodowym i wiecznym…

Jeszcze jedna szczypta psychologii – tym razem bardziej osobistej

To, czego wyrazem jest List…, jak również niniejszy tekst, nie ma u swoich źródeł nic z noszącego znamiona nerwicy natręctw rozgorączkowanego miotania się na oślep wskutek odkrycia – nagle! teraz! „po latach życia w ciemnocie” – pewnej prawdy.

Obie publikacje to raczej opis procesu myślenia, przedstawienie Czytelnikowi pewnych tropów, dróg poszukiwań. Towarzyszy mi w tych próbach dochodzenia do prawdy spokój, zaufanie wobec Pana Boga; nawet najbardziej dramatyczne (zdawałoby się) „odkrycia” nie budzą żadnej rozpaczy – wręcz przeciwnie: napawają nadzieją i wzmagają miłość do Stwórcy i Pana Wszechświata, nieprzerwanie wiernego Swej obietnicy, że „bramy piekielne nie zwyciężą go”.

A jeżeli z okazji uczciwego szukania prawdy (której wielu, niestety, najwyraźniej NIE MA WOLI badać i poznawać), stracę czyjąś przyjaźń lub życzliwość albo zostanę uznany za szkodliwego wariata, to przynajmniej ze świadomością, że doszło do tego z powodu sprawy istotnej. Najistotniejszej.

[Czy na koniec umieszczamy (tradycyjnie) Akapit dla przyjaciela?

Will we ever go hunting together again? Those were the days, Hastings, those were the days…]

Paweł Antoniewicz

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s